Zebrano dotychczas: 25 zł

Dodatkowy pokój 2

Krzysztof Grodzki

Krzysztof Grodzki

Autor

2026-02-14

34 min

1 Drzwi

Pomalowane na biało farbą olejną i zamykane na haczyk drzwi znajdowały się w łazience obok wanny. Przed nimi stał kosz na brudną bieliznę, zasłaniał je jednak tylko do połowy.

– Co to za drzwi – spytała Aldona, kiedy Hania wynurzyła głowę z wanny pełnej piany i parskała, żeby wydmuchać ją z nosa.

– Nie wolno tam wchodzić – odpowiedziała automatycznie Hania.

– Jak to nie wolno tam wchodzić? –Aldona spojrzała na Hanię badawczo.

Aldona siedziała na zamkniętym kibelku, właśnie naprzeciwko tych drzwi. Dlatego też nie mogła ich nie zauważyć. W ręku trzymała telefon, w którym szukała wcześniej jakichś ozdóbek do ich nowego mieszkania.

Hania wychyliła się z wanny i również spojrzała na drzwi tak, jakby widziała je po raz pierwszy. Wiedziała, że zawsze tu były i wiedziała, że nie wolno tam wchodzić. Wiedziała to od zawsze, od tak dawna, że nie pamiętała już, kiedy usłyszała to pierwszy raz. Czemu nigdy się nad tym nie zastanawiała? Była to dla niej prawda oczywista, tak jak wiele rzeczy, o których dowiedziała się w dzieciństwie.

Spędzała w tym mieszkaniu ciotki Olgi mnóstwo czasu, często przyjeżdżały z mamą do Warszawy. Nocowały na kanapie w ciasnym kuchnio-salonie, który teraz okupowała Aldona. Ciotka często zabierała ją i mamę na różne, jak to mówiła, atrakcje. To z nią Hania pierwszy raz poszła do teatru. Potem, na studiach, Hania mieszkała w akademiku i odwiedzała ciotkę coraz rzadziej. Atrakcje zapewniała sobie w gronie innych studentek i studentów polonistyki, czyli w dużej mierze niespełnionych pisarzy i poetów. Ambicje większości z nich zazwyczaj więdły w szarej rzeczywistości pracowników tzw. kontent marketingu. Szumna nazwa na pisanie tekstów, których celem było przyciągniecie klientów do produktów oferowanych przez sklepy internetowe. Hania najbardziej lubiła (albo najmniej nie lubiła, trudno bowiem mówić o jakiejkolwiek sympatii do tej roboty) teksty dla biur podróży, o Sri Lankach i innych Egiptach, zawsze można bowiem było przemycić jakąś ciekawą historyjkę, np. o kocie faraona. Realia jednak były takie, że ostatnio dostawała najwięcej zleceń od firm sprzedających meble. Na ile sposobów można zachwalać wygodę fotela uszaka w eleganckim kolorze nude? Okazuje się, że na wiele. Kasy z tego nie było dużo, tułała się więc po wynajmowanych pokojach, ostatnio razem z Aldoną. Pół roku temu jednak zmarła ciotka i zostawiła Hani w spadku to właśnie 30-metrowe mieszkanie. Jego niewątpliwą zaletą była duża wanna, w której Hania właśnie zażywała relaksującej kąpieli, po całym dniu sprzątania i urządzania z Aldoną ich nowego gniazdka.

– Trzeba sprawdzić, co tam jest – powiedziała Aldona i poderwała się energicznie z kibelka. Odsunęła wiklinowy kosz na brudną bieliznę, wyjęła haczyk z dziurki i otworzyła drzwi.

– Poczekaj – zawołała Hania, wyskakując z wanny. Założyła szybko niebieski, flanelowy szlafrok i wsunęła stopy w plastikowe klapki.

Aldona była już w środku. Za drzwiami było bowiem coś, jakieś pomieszczenie. Nie schowek na szczotki ani nic w tym rodzaju, tylko spore pomieszczenie. Aldona zapaliła latarkę w telefonie i omiotła światłem pomalowane na biało ściany.

– Co to kurczę jest, jakaś pierdolona Narnia? – spytała, a jej słowa odbiły się echem w pustym pomieszczeniu. Pokój był w kształcie litery L, wyjście z ich łazienki znajdowało się na w tej krótszej części. Dłuższa część kończyła się oknem. W całym pomieszczeniu było pusto, żadnych mebli.

– Ojej, Hania, mamy tu dodatkowy pokój w gratisie, urządzimy sobie salonik, gabinecik, czy pokój dla gości, chociaż nie, szkoda go dla gości, to będzie nasz sekretny zakątek – emocjonowała się Aldona.

Hania jednak nie podzielała entuzjazmu przyjaciółki, była sparaliżowana strachem.

– Ciocia mówiła, że nie wolno tu wchodzić – powiedziała przez zaciśnięte zęby. – 

Wychodzimy stąd.

– Daj spokój, może nie pozwalała tu wchodzić, bo miała tu jakieś swoje małe sekreciki, romansiki, no wiesz. Ale odziedziczyłaś po niej całe mieszkanie, więc ten pokój też jest jakby twój – stwierdziła Aldona i cmoknęła Hanię w policzek.

Nagle zabrzmiał kaszel. Głęboki, odrywający się, mokry, jakby powiedziała w reklamie pani z apteki. Aldona omiotła światłem latarki przeciwległą ścianę. Pośrodku znajdowały się drzwi, podobne do tych, które prowadziły do ich łazienki.

Spojrzały na siebie. Hania przerażona jeszcze bardziej, Aldona rozbawiona. – Czy Twoja ciotka trzymała tu jakiegoś swojego staruszka kochanka?

– To nie jest śmieszne, chodźmy stąd – odparła Hania.

Ale Aldona już była przy drzwiach i naciskała klamkę. Za drzwiami był miniprzedpokój, z brązowymi drzwiami wyjściowymi (prawdopodobnie prowadzącymi na klatkę schodową). Z przedpokoju prowadziły drzwi do pokoju. Były otwarte. Kaszlący staruszek oglądał jakiś teleturniej. Spojrzał na nie znad okularów.

Hania wypchnęła się przed Aldonę. Uznała, że jako właścicielka mieszkania, formalna sąsiadka, powinna się wytłumaczyć.

– Przepraszamy za to wtargnięcie, przyszłyśmy z łazienki, a właściwie z tego pokoju, za tymi drzwiami. – Wskazała otwarte drzwi do pustego pokoju między ich mieszkaniem a mieszkaniem mężczyzny. Czy to pana pokój?

– Tak, mój – odparł staruszek.

– Ale chyba go pan nie używa – wtrąciła szybko Aldona. – Bo widzi pan, my się gnieździmy na trzydziestu metrach a ten pokój jest połączony z naszą łazienką, więc może jednak jest nasz.

– Chcecie rozciągnąć czas – powiedział staruszek spokojnie, pogłaśniając telewizor.

– Chyba raczej przestrzeń – wtrąciła rozsądnie Hania.

– To to samo. Nie warto tego robić. To jak z gumą, w końcu i tak strzeli cię w nos – stwierdził z wyraźnym smutkiem w głosie. A potem podniósł się na fotelu, wsparłszy się rękami o zniszczony podłokietnik i krzyknął zadziwiająco głośno i przeraźliwie. – Nie wolno wam wchodzić do tego pokoju. Wracajcie do swojej łazienki i już nigdy tu nie wchodźcie.

W jego głosie było coś takiego, że nawet Aldona się przestraszyła. Spojrzały na siebie i uciekły. Zamknęły za sobą w łazience drzwi na haczyk i przystawiły je koszem z brudną bielizną.

– To za mało, trzeba je czymś zastawić – stwierdziła Hania.

– Bez przesady, to tylko staruszek, nic nam nie zrobi.

– Nie wydaje ci się to dziwne i przerażające? Pusty pokój, krzyczący staruszek? Nie czuję się już bezpiecznie w tej łazience, kiedy wiem, że w każdej chwili ktoś może wejść przez te drzwi.

– No dobra, przesuńmy pralkę.

Z dużym trudem przesunęły ciężką pralkę. Zasapane usiadły na kanapie w kuchnio-salonie.

– Co tu się właściwie dziś wydarzyło – zapytała Aldona. – Co to za sytuacja?

– Nie mam pojęcia – odpowiedziała Hania. – Ciotka zawsze była dziwna, mama mówiła, że ciotka jest jak kot, zawsze chodzi własnymi drogami. Ale po co te drzwi do pustego pokoju? W dodatku pokoju sąsiada?

– Czytałam kiedyś, że takie dodatkowe, ukryte pokoje zdarzają się w kamienicach. Ludzie ukrywali się w nich podczas wojny.

– Ten blok nie pamięta żadnej wojny. To szeregowiec z lat pięćdziesiątych. Ludzie wtedy walczyli o każdy metr, nikt by nie robił pustego pokoju na zapas.

– Dziś też walczymy o każdy metr i taki pokój na pewno by się nam przydał. Staruszek może i był okropny, ale może to nasz pokój. Trzeba iść do administracji, poprosić o jakiś plan, czy coś. Może to jest część naszego mieszkania.

– W dokumentach notarialnych jest trzydzieści metrów.

– No dobra, ale może to jakiś zapas, ziemia niczyja, może można ją wynająć czy kupić.

Zdobycie kwitów z administracji zajęło kilka dni. Dziewczyny powiedziały urzędnikom, że chcą zobaczyć plan budynku, bo zastanawiają się, jak głęboko mogą wiercić w ścianie w łazience, żeby powiesić szafeczkę. Rozmowy w spółdzielni nie były ani miłe, ani łatwe, było dużo westchnień urzędników i wyjaśnień, że to nie w tym pokoju, tylko w administracji, a w administracji, że to nie tu, tylko w ewidencji, a w ewidencji, że tu nie tu, tylko w architekturze. W końcu trafiły do pokoju, który nie miał nazwy, tylko numer. Jakaś starsza pani snująca się po korytarzach z wyliniałą szczotką szepnęła do nich, rozejrzawszy się najpierw na boki:

– Idźcie do pokoju dwadzieścia trzy, tam, za zakrętem. – Pokazała palcem i mrugnęła konspiracyjnie.

W pokoju, do którego trafiły, zastały biurka zawalone papierami, pomiędzy nimi stała paprotka, a przy biurkach siedziały dwie kobiety. – Helena, czy my im możemy pokazać ten plan? – spytała jedna drugą. – Jest chyba jakieś RODO czy coś.

– Tam chyba nie ma żadnych nazwisk, poczekaj, sprawdzę – powiedział druga, wyciągając pożółkły papier z szarej teczki. – No, nie ma.

– Niech podejdą – zwróciła się do Hani i Aldony. – Patrzą, ściana nośna, ćwierć metra grubości, można wiercić śmiało, trudno będzie się przewiercić do sąsiada. Nośna, czyli dziur nie można robić, drzwi ani takich tam większych otworów. Ale chyba do pana Kozłowskiego nie chcecie drzwi sobie zrobić – zaśmiała się rubasznie.

– A to pan Kozłowski to nasz sąsiad, tak?

– Tak, ma takie same mieszkanie jak wy, trzydzieści metrów, ale sam mieszka, więc chyba mu wystarcza. Wam to będzie ciężko we dwie w takiej klitce – spojrzała na nie ciekawsko spod okularów. – No, chyba, że jedna sypialnia wam wystarczy. No ale ja tam się nie interesuję – dodała po chwili, chrząknęła i szybko zamknęła teczkę. – To już wiecie wszystko o tej ścianie, czy jeszcze w czymś możemy pomóc ? – spytała już bardziej formalnym tonem.

– Nie, to wszystko, dziękujemy – powiedziała Hania i pociągnęła Aldonę za rękaw.

– Widziałaś, tam nie ma żadnego takiego pokoju w mieszkaniu Kozłowskiego. Na planie jest przedpokój, kuchnia i jeden pokój. Tego NASZEGO pokoju nie ma na planie – mówiła rozemocjonowana Aldona w drodze do domu. – Nie może nam zabronić tam wchodzić, to nie jego.

– Ale też nie nasz. Jak Kozłowski narobi rabanu, to na pewno nie pozwolą nam z niego korzystać, nie jest nasz, może będą chcieli sprzedać, wynająć albo co. My nie mamy teraz pieniędzy na wykup takiego pomieszczenia, to ze dwadzieścia metrów, prawie tyle, co mieszkanie ciotki.

– Dobra, musimy spokojnie zastanowić się, co z tym zrobić.

W ciągu następnych tygodni przyzwyczaiły się już trochę do korzystania z łazienki z drzwiami zastawionymi pralką. Hania starała się nie myśleć o tym dodatkowym pokoju, coś ją w nim niepokoiło, przerażało. Relaks w wannie szlag trafił, brała szybki prysznic i wychodziła z łazienki. Aldona z kolei oglądała w sieci kanapy, biurka do pracy, wygodne krzesła. Ich firma nie wynajmowała bowiem żadnego biura i teksty kontent-marketingowe produkowały z domu. Hania zasiadała na fotelu z laptopem na kolanach, miejsce Aldony to kuchenny stół, ale coraz bardziej czuła jak jej niewygodnie i ciasno. Często ze złością zamykała laptopa, mówiła, że się dusi i szła pracować do kawiarni na sąsiedniej ulicy. Wracała opita kawą latte, a że nie tolerowała laktozy, to wieczory po takim dniu nie należały do najprzyjemniejszych dla żadnej z nich. Pewnego dnia jednak wróciła z takiej eskapady podekscytowana.

– Kozłowski umarł – wrzasnęła od wejścia.

– Słucham…? – powiedziała zdziwiona Hania, przebywająca właśnie w świecie ekskluzywnych puf w kolorze nude.

– Na klatce jest klepsydra. Z żalem żegnamy naszego drogiego sąsiada, Kozłowskiego Krzysztofa, pogrzeb w najbliższą środę na cmentarzu komunalnym.

– A więc miał na imię Krzysztof… – odpowiedziała zamyślona przyjaciółka.

– Hania, ogarnij się, jakie to ma znaczenie, czy Krzysztof, czy Stanisław. Wiesz, co to dla nas znaczy? Możemy przejąć pokój. Nikt nie będzie na nas krzyczał, donosił ani straszył. Tylko musimy działać szybko, niedługo mogą pojawić się jacyś spadkobiercy. Do tego czasu musimy zlikwidować drzwi, zamurować, wtedy nikt się nie dowie o tym pokoiku, w papierach jego mieszkania nie ma o nim słowa.

– Ale jak zamurować?

– Normalnie, poznałam ostatnio w kawiarni Żenię. Żenia jest ze Wschodu i buduje różne rzeczy, remontuje, drzwi też da radę zamurować.

– Nic nie mówiłaś o Żeni. – Hania spojrzała na nią z wyrzutem.

– Spokojnie, to tylko kolega, pomagam mu uczyć się polskiego. On płaci za latte, a ja mu poprawiam końcówki. No wiesz, zrobiłem, poszedłem itepe.

– To jakiś budowlaniec intelektualista, skoro zależy mu na końcówkach?

– Tak jakby, chyba dużo pisze, poeta, niespełniony, jak my wszyscy. Nieważne, pogadam z nim, okej?

– No dobrze. – Gdy Hania wypowiadała te słowa, przeszedł ją dreszcz. – A co jeśli rzeczywiście nie można korzystać z tego pokoju, co jeśli jest tam niebezpiecznie?

– Daj spokój, co tam może być. Krzyczącego starca już nie ma, możemy się wprowadzać.

Decyzja zapadła. Żenia przyszedł następnego dnia. Zapalił jednorazowego e-papierosa, który wyglądał jak żółty mazak, mięśnie pod rękawem niebieskiej koszulki napięły się, zapachniało wanilią. Aldonie zaświeciły się oczy, Hania spuściła wzrok. Żenia wydmuchnął pachnący e-dym, przeciągnął wielką dłonią po blond czuprynie i westchnął:

– Nie da się zrobić tak, żeby z drugiej strony nie było śladu po drzwiach.

– Jak to się nie da? – zirytowała się Aldona.

– No nie da się tak, żeby z tamtej strony nie było widać – wyjaśnił Żenia. – Tak się da tylko z tamtej strony. Trzeba wyrównać, zamalować. Nie da się skombinować klucza do tamtego mieszkania?

– Nie da się – westchnęła Hania.

– Wrócisz przez okno – zdecydowała Aldona.

Mimo oporów Żeni i wątpliwości Hani udało się zamurować drzwi od strony sąsiada i wrócić przez okno. Niemałą rolę odegrał w całej historii nów księżyca, liny zabezpieczające od Żeni koleżanki (pasjonatki wspinaczki i fanki cafe latte w kawiarni na rogu) oraz pewien bezdomny kot, który wytyczał drogę przez parapet. Udało się, dziewczyny kupiły dwa biurka i ustawiły je prostopadle do okna. Pośrodku postawiły szafeczkę i paprotki. Znużone, odpoczywały na kanapie przeznaczonej na drzemki. Cudownie im się pracowało w tym nowym pokoju, bo w końcu został on jednak pokojem do pracy. O dziwo nie miały już żadnych problemów z terminami, wszystko oddawały na czas. A nawet przed terminem, ku zdziwieniu szefowej.

– Haniu, już wysłałaś mi ten tekst? Bardzo dziękuję, zleciłam ci to godzinę temu – dziwiła się.

– Mam dobry dzień, ty chyba też – śmiała się Hania do słuchawki, bo pamiętała, że zlecenie dostała trzy dni temu.

Coraz rzadziej wychodziły z nowego pokoju, jedzenie zamawiały przez internet. Oprócz pracy miały też czas na maratony filmowe. Znalazły w piwnicy stary odtwarzacz DVD i kolekcję płyt filmowych po ciotce. Żyły więc w świecie Allena, Lyncha, Almodóvara.

Czasem myliły im się dni i tygodnie.

– Czy wczoraj nie była środa? – spytała Hania.

– Sama nie wiem, może czwartek – odpowiadała Aldona. – A czemu pytasz?

– Jakoś dawno nie było poniedziałkowego zebrania.

– Nie, no będzie w poniedziałek, patrz, mamy w kalendarzu. A dziś jest środa, 20 stycznia.

Czasem odwiedzał je Żenia z pizzą.

– Nie wydaje ci się, że ten Żenia coraz gorzej wygląda? Jakoś poszarzał na twarzy – mówiła Hania. – Może za dużo pracuje?

– No tak, tylko my ciągle piękne i młode – śmiała się Aldona.

Rzeczywiście czuły się rewelacyjnie, przynajmniej dopóki były w nowym pokoju. Świat zewnętrzny im jakoś nie służył. Kiedyś Aldona poszła do supermarketu po kawę i mleko, ledwo weszła po schodach, miała zadyszkę i straszny ból kolana.

– Kiedy skończy się ta zima? – wzdychała Aldona, wyglądając przez okno. – Idę do kawiarni.

– Wyglądasz okropnie – przywitała ją Hania po powrocie z kawiarni. Wiesz o tym, że robią mleko bez laktozy?

– Tak, i kawę bez kofeiny – odpowiedziała Aldona, pokazując język. Kiedy jednak spojrzała w lustro na korytarzu, sama się przeraziła. Wyglądała blado i… staro.

– Ale wiesz, jak wyszłam na zewnątrz, to okazało się, że jest już wiosna. Chodź, sama zobacz, jak jest cudownie.

Rzeczywiście, kiedy wyszły na zewnątrz, śpiewały ptaki, kwitły drzewa i nie było już ani śladu po zimie. Nagle Hanię dopadł atak suchego kaszlu.

– Gdy byłam młodsza, to miałam alergię na wiosenne pyłki, chyba wróciła.

Po powrocie do pokoju poczuła się lepiej. Alergia odzywała się jednak także w pozostałych pomieszczenia, w tzw. starym mieszkaniu. Zaczęła więc spać w nowym pokoju. Aldona zaanektowała więc dawną sypialnię Hani. Zaczęła jednak narzekać na bóle pleców.

– Co ty tam masz za materac? Nie da się spać.

Zaczęły więc obie spać w nowym pokoju. Każde wyjście, nawet na chwilę, powodowało nowe bóle i dolegliwości.

– Chyba coś jest nie tak – powiedziała w końcu Hania. – Nie wydaje ci się, że ten pokój nas jakby… więzi?

Liczyła na to, że Aldona żachnie się i jak zwykle powie, że Hania przesadza.

– Też o tym myślałam – powiedziała jednak Aldona. – Pamiętasz, co powiedział Kozłowski o gumie.

– O gumie?

– Że jak ją naciągniesz to i tak pstryknie cię w nos.

Hania zadrżała.

– Wychodzimy – powiedziała i wybiegła na ulicę. Aldona pobiegła za nią. Kiedy ją dogoniła, Hania cała drżała, ledwo trzymała się na nogach.

– Wracamy do pokoju, nie mamy wyjścia – wysapała Aldona.

Podtrzymując się, ostatkiem sił dodarły do pokoju. Ograniczały wychodzenie do minimum. Na zmianę odbierały jedzenie zamawiane przez internet. Aldona cała osiwiała, kiedy poszła zrobić kawę do kuchni. Hania podczas jednego prysznica straciła dwa zęby.

– Co teraz zrobimy? Zostaniemy tu na zawsze? – spytała Aldona.– Szkoda, że Kozłowski nie żyje. Może by nam coś poradził.

– A Żenia?

– Zniknął, nie ma go w kawiarni, nie odbiera telefonu.

Szukały diagnozy w sieci. Wyskakiwały jednak tylko opisy filmów albo książek z gatunku body horror.

– Lekarz, zadzwońmy do lekarza, czemu wcześniej tego nie zrobiłyśmy – zawołała w końcu Hania.

Zamówiły prywatną wizytę. Lekarz przyszedł i zbadał dwie staruszki siedzące na kanapie.

– Cóż, w pań wieku te dolegliwości są normalne –wyjaśniał spokojnie. – Mogę przepisać leki przeciwbólowe, łagodzące kaszel, przeciwreumatyczne – wyjaśniał. – Polecam też stałą opiekę lekarza geriatry.

– Jak to, w naszym wieku? – oburzyła się Aldona. – Mamy po dwadzieścia siedem lat.

Lekarz spojrzał na nie pobłażliwe.

– Może pomyślałyby panie o domu opieki. W tym wieku mogą też pojawiać się zaburzenia pamięci. Ktoś się paniami zajmie. Powiadomię opiekę społeczną – zapowiedział i wyszedł.

– Co teraz zrobimy? Nikt nam nie uwierzy.

– Może po prostu skończmy z tym – powiedziała cicho Hania.

– Chodź do kuchni, napijemy się kawy – zaproponowała Aldona.

Ledwo przeszły przez wąskie drzwi do łazienki. Dwie staruszki na drżących nogach. Usiadły na kanapie w kuchnio-salonie z kubkami kawy w rękach. Rozległ się głuchy odgłos, gdy na ziemię upadł jeden kubek. Potem drugi.

***

Trzy miesiące później agent nieruchomości pokazywał mieszkanie młodej parze.

– Trochę mało miejsca – wzdychała kobieta, atrakcyjna blondynka.

– Przecież wiesz, że na większe nas nie stać – tłumaczył mężczyzna, podczas gdy kobieta zaczęła oglądać łazienkę.

– Kochanie, ale patrz, co tu jest, chyba mamy dodatkową sypialnię.

2 Wanna

Znów śnił mi się dodatkowy pokój. A właściwie tym razem całe mieszkanie. W miejscu, w którym w moim przedpokoju jest szafka na buty, były drzwi. Za nimi korytarz. Po lewej jeden mały pokój z wielką sofą pełną poduszek. Kiedy szło się prosto, dochodziło się do kilku schodków. Na małym podeście było dwoje drzwi. Z tych na prawo można było wejść do sypialni z własną łazienką. Drzwi po lewo prowadziły do wąskiego pokoju z całym szeregiem okien z lewej strony. Na końcu wąskiego pokoju były kolejne drzwi.

Otworzyłam je. Zobaczyłam kolejny pokój. Był tam duży stół pokryty koronkowym obrusem. Za nim, na fotelu, siedziała starsza pani i robiła na drutach białą serwetkę w kształcie pajęczyny.

– Dzień dobry, czy to pani pokój? – spytałam. Chciałam spytać o całe mieszkanie, miałam nadzieję, że może być moje. Do granicy tego pokoju. Chciałam wytyczyć jakąś granicę, ale oczywiście zgarnąć jak najwięcej. Wtedy się obudziłam.

– Oglądasz za dużo ogłoszeń o sprzedaży mieszkań, masz już obsesję – zganiłam się na głos.

Wstałam, zrobiłam sobie kolagen z sokiem żurawinowym i odpaliłam laptopa. W morzu spamu odnalazłam powiadomienia o nowych ogłoszeniach dotyczących mieszkań. Ustawiłam alerty na wszystkich platformach sprzedażowych. Moje preferencje – jak najbliżej mojego obecnego mieszkania, lubię tę okolicę. 2-3 pokoje i balkon. Balkon jest niezbędny, latem miniogródek, zimą dodatkowa lodówka. Wiem, wiem, nie powinno się traktować balkonu jako dodatkowej lodówki. To podobno niehigieniczne, chociaż ciągle nie mogę zrozumieć z jakiego powodu, jeśli chodzi o garnki z zupą itp. Przecież mają pokrywki, nic tam nie wpadnie. Do tej niehigieniczności balkonowej lodówki przekonuje mnie jednak ciągle siostra, która z kolei nałogowo czyta różne porady domowo-zdrowotne (jaka rodzina takie obsesje). Ale kto mi zabroni? Nikt. Przeciągnęłam się błogo. Właściwie to do pełni szczęścia potrzeba mi właśnie tylko tej dodatkowej przestrzeni. Na moich prawie 29 metrach (28,6 plus metr balkonu) też można być szczęśliwą, tylko to mało wygodne. Przede wszystkim brakuje mi wanny. Zanurzyć się w ciepłej wodzie na jakąś godzinkę… Marzenie. Prysznic to nie to samo. Poza tym w sypialni mieści się tylko łóżko i mała, płytka szafa na pościel i bieliznę. Nie ma miejsca na krzesło, na którym można by położyć ubrania: są za czyste do prania, a za brudne do szafy. Takie ubrania gromadzą się więc na krześle w salonokuchni, przy małym stole. Tak samo jak torebki, które wczoraj pasowały do ubrania, ale dziś już nie, przymierzane w porannym szale przed wyjściem do biura apaszki itp. Każdą sobotę muszę zaczynać od porządkowania tego krzesła. Schodzi mi to do południa, jestem tak zmęczona, że po obiedzie muszę się zdrzemnąć. I tak pół weekendu mija bezpowrotnie.

Na szczęście dziś jest niedziela, krzesło naprzeciwko tego, na którym siedzę, jest pozbawione przyległości. Gotowe na gościa, który mógłby teraz przyjść i spokojnie na nim usiąść, nie wprowadzając mnie w stan zażenowania przy odkopywaniu siedziska spod stert apaszek, bluzek i czasem nawet bardziej krępujących elementów garderoby. Więc teoretycznie ktoś mógłby teraz zadzwonić, że jest w okolicy i może wpadnie i nie doprowadziłoby mnie to do palpitacji serca. Na szczęście jednak większość moich znajomych wie, że nie cierpię takich nieumówionych wcześniej wizyt i nie dzwoni z takimi propozycjami. Na wszelki wypadek nie odbieram też od razu telefonów, tylko oddzwaniam po jakimś czasie. Godzinka, dwie zazwyczaj neutralizują sytuację. „Wiem, że nie przepadasz za takimi nagłymi wizytami, no ale byłam w okolicy i zadzwoniłam, bo pomyślałam, że wpadnę” – słyszę, kiedy już oddzwaniam. Wzdychamy wtedy obie, po dwóch stronach światłowodu, że no następnym razem itp. Oczywiście wszystko w moim życiu się zmieni, kiedy będę miała większe mieszkanie. Będę wtedy miała salonik zawsze gotowy na przyjęcie gości. Apaszki będą tam, gdzie ich miejsce, czyli w garderobie. Laptopy i papiery w gabinecie. Trzy pokoje plus salon byłyby idealne. Rozmarzam się, oglądając ogłoszenia. Najbardziej lubię takie ze szkicem pomieszczenia. W wyobraźni burzę ściany i buduję nowe, wygospodarowuję małą garderobę obok sypialni, dodatkową łazienkę (dla gości, którzy chcieliby zostać na noc). Fakty są jednak takie, że nie stać mnie teraz na nowe mieszkanie. Jeszcze nie spłaciłam kredytu na to, w którym teraz mieszkam. A niestety, właśnie czeka mnie remont łazienki, spółdzielnia zdecydowała o wymianie pionów kanalizacyjnych. Skoro zdemolują mi i tak całą łazienkę, to uznałam, że zrobię remont i zamiast starych płytek w kolorze wyblakłej trawy przykleję nowe. Na podłodze szare. Na ścianie białe. Marzę też oczywiście o wannie. Ta jednak nijak nie chce się zmieścić na czterech metrach kwadratowych. Jakby nie mierzyć i nie przestawiać – wanna oznaczałaby brak miejsca na umywalkę albo pralkę. Więc chyba jednak zostanę przy prysznicu.

Na czas remontu zamieszkam z Agnieszką. Cudowna kobieta, że się na to zgodziła. Ja nie wiem, czy stać by mnie było na podobne poświęcenie. Mam szczęście do ludzi, chociaż czasem nie wiem, dlaczego. Nie jestem raczej zbyt uczynna ani wylewna. Ani nawet gościnna. Ale może chodzi o to, że umiem słuchać. To chyba jedna z moich najlepszych cech.

Ale że słucham jak nikt, to przyciągam też sporo gaduł. Niektórzy myślą, że skoro słucham, to mogą mówić bez ograniczeń. Że takie ucho jak moje to taki włączony mikrofon i trzeba do niego gadać. Czasem bywa to męczące.

Z tych trudnych rozważań wyrywa mnie dźwięk telefonu, który, tracąc czujność, od razu odbieram.

– Cześć, jestem w okolicy – usłyszałam.

– Aha…

– To może wpadnę?

– No dobra – mówię, z wahaniem patrząc na puste krzesło. – Wpadaj – odchrząknęłam.

– Będę za dziesięć minut.

Chwilę zajmuje mi odzyskanie równowagi emocjonalnej i pogodzenie się ze zmianą planów na tę piękną niedzielę. Co prawda nie miałam planów, ale brak planów to też plany. Przynajmniej dla mnie.

Jednak krzesło wygląda zachęcająco, jakby cieszyło się na tę nagłą wizytę. Zawsze to jakaś odmiana po nieśmierdzących ale i niepachnących swetrach. No ale krzesło nie ma uszu i to na mnie spada słuchanie.

Anna wpada z impetem do mojego małego mieszkania. Ledwo się w nim mieści z całą swoją energią i tysiącem słów.

– A więc planujesz remont, tak? Ja ci powiem, jak to zrobić.

I zaczyna się. Gadanie. Anna nałogowo przegląda katalogi o wystroju wnętrz. Wie wszystko o trendach i materiałach. Kolejne pół weekendu mija bezpowrotnie.

***

Generalnie mam chyba jakiś mały problem z czasem, to znaczy nie nadążam, jakby ciągle jestem z tyłu. Zadania powinny być wykonane do wtorku, a tu już piątek. Zawsze mnie to nieco zaskakuje.

Problem z czasem ma też moja ekipa remontowa, czyli pan Zenon i Mirek, który czasem mu pomaga. Wprowadziłam się do Agnieszki na trzy tygodnie. Mija czwarty. Końca remontu nie widać. Zaczynam się już trochę przyzwyczajać do mieszkania z kimś, bywa naprawdę miło. Agnieszka jest bogata z rodziny i ma dużo pokoi. Chyba jej za bardzo nie przeszkadzam. Wygląda na zadowoloną z mojego towarzystwa. Chociaż czasem też jakby na niewyspaną.

– Znów się tłukłaś dziś w nocy. – Patrzy na mnie z wyrzutem.

– Nie mogłam spać. Chyba źle wybrałam płytki. – I wyjmuję z torebki dwie, które wzięłam na próbę.

– Są takie same.

– No nie. Ta jest grubsza i droższa. I ma inne żłobienie.

– Aha. Chodzisz po mieście z płytkami w torebce? Jesteś jak kobieta z pieńkiem z Miasteczka Twin Peaks.

– Nie mówię do nich – odpowiadam oburzona.

– Jeszcze – odpowiada Agnieszka znad garnka z owsianką.

I tak sobie spędzamy miło czas, chyba naprawdę będzie mi trudno się wyprowadzić.

***

Mija połowa drugiego miesiąca. Ekipa remontowa dzielnie zniosła konieczność zdjęcia płytek z jednej ściany. Tynk jeszcze nie zasechł, a naprawdę wyglądały nie najlepiej. Tzn. te drugie wyglądają o wiele lepiej.

Doglądam remontu codziennie, podobno tak trzeba, żeby ekipa dobrze pracowała. Jako dumny właściciel przechadzam się po moich 29 metrach, oceniam postępy i wydaję instrukcje. Jednak członkowie ekipy remontowej utknęli w odmętach patriarchatu i nie traktują niezamężnej kobiety zbyt poważnie.

– Taka ładna kobieta a sama, no naprawdę, nie mogę tego zrozumieć – wzdycha pan Zenon, zapalając papierosa, kiedy odwiedzam plac budowy. – Ale wie pani, problem jest. Tych drugich płytek jest za mało, trzeba dokupić jedną paczkę.

Kiedy zastanawiam się, czy do jednej paczki zamówię transport ze sklepu, czy wezmę taksówkę, pan Zenon, wydmuchując dym, ze spokojem oświadcza:

– Pani się nie martwi, z kolegami przywieziemy.

Oddycham z ulgą i zostawiam panu Zenonowi kilka banknotów. Na płytki i transport.

– No to teraz szybko ich nie zobaczysz – komentuje Agnieszka, kiedy jej opowiadam o sytuacji. – Dostali kilka stówek, pójdą w długą.

– Nie wierzysz w ludzi.

– Nie. W mówienie do płytek też nie.

Budowa jednak pustoszeje. Nikogo nie ma i nic się nie dzieje już czwarty dzień. Dzwonię do szefa moich fachowców.

Wie pani, też nie mogę się do nich dodzwonić od kilku dni – mówi zdenerwowany. I obiecuje, że jeśli do przyszłego tygodnia się nie odezwą, to poszuka dla mnie innych pracowników.

Trochę zaczynam się martwić, czy nie wykupią mi płytek, więc dzwonię do sklepu:

– Potrzebuję jedną paczkę tych białych, grubsza cegiełka. Kupowałam u pana pięć paczek w ubiegłym miesiącu, ale zabrakło. Fachowcy mieli dokupić jeszcze jedną paczkę, ale gdzieś zaginęli.

– A byli tu tacy zagraniczni i wzięli paczkę. Może to ci od pani.

W sercu rodzi mi się nadzieja, że jednak można wierzyć w ludzi. I rzeczywiście, za dwa dni pan Zenon wraca. W dodatku oddaje 50 złotych reszty z budżetu na płytki i transport.

– Gdzie pan był przez tydzień?

– A wie pani, szefowo, kolega z wojny przyjechał. Musieliśmy się z nim napić – wyjaśnia, z uśmiechem demonstrując srebrne plomby. – Ale tu problem jeden będzie, droga klientko – dodaje, drapiąc się po kilkudniowym zaroście. – Te nowe płytki są odrobinę grubsze, trzeba będzie skuć trochę tynku z jednej ściany. Bo miejsce na kabinę prysznicową mamy wyliczone co do milimetra i może się nie zmieścić. Obok ma być przecież pralka.

Mam świadomość, że w moim małym mieszkaniu każdy milimetr jest na wagę złota więc nie dyskutuję, tylko akceptuję zakres robót dodatkowych. Następnego dnia dzwoni pan Zenon.

– Szefowo, musi pani przyjść do mieszkania, muszę pani coś pokazać.

– Co się stało? Coś się zepsuło, jakieś kłopoty?

– Po prostu proszę przyjść, muszę coś pokazać.

Przerażona tym, co zobaczę na placu budowy, biegnę tam od razu po pracy.

Pan Zenon z tajemniczą miną prowadzi mnie do łazienki i pokazuje ścianę prostopadłą do tej z drzwiami.

– Skułem tynk i proszę zobaczyć, co tu jest. – Wskazuje na prostokąt w kształcie drzwi, wypełniony białymi cegłami. – Tu są drzwi, ktoś je zamurował.

– Jakie drzwi, dokąd, nie rozumiem.

– No właśnie chyba donikąd, po drugiej stronie tej ściany powinna być klatka schodowa. Ale jest jakieś pomieszczenie – mówi pan Zenon i wyjmuje jedną z cegieł. – Ta była poluzowana – tłumaczy i świeci latarką w otwór.

Rzeczywiście, widać tam jakąś przestrzeń i drugą ścianę w odległości około dwóch metrów.

– To nie jest klatka schodowa, może pani wyjść na klatkę i zobaczyć, że nie ma tam żadnej dziury. Nie przebiliśmy się na klatkę schodową, tylko do jakiegoś pomieszczenia.

– Przebiliśmy się ? Ja się nigdzie nie przebijałam – mówię oburzona. – Co to za pomieszczenie? Muszę to zgłosić do spółdzielni – dodaję zdenerwowana.

– Niech pani, szefowo, tak szybko nie zgłasza, niech pani lepiej pomyśli, jakie mamy tu perspektywy.

– Jakie perspektywy?

– Remontowe – mówi, mrugając porozumiewawczo.

Wychodzę z mieszkania jak pijana, po drodze głaszczę ścianę na klatce schodowej, za którą powinna się znajdować moja łazienka. Powinna być łazienka, a jest coś. Jakaś przestrzeń, pustka. Perspektywa? Perspektywa remontowa?

W nocy śni mi się duża łazienka. Z wanną.

Oczywiście omawiam sytuację z Agnieszką. Opowiada mi o mieszkaniu swojej ciotki, w którym też odkryli w ścianie drzwi, ale prowadziły do sąsiadów. Odkryli je przypadkiem, podczas remontu.

– To było na najwyższym piętrze bloku z wielkiej płyty. Podobno jak go budowali, to pracownicy ułatwiali sobie życie i żeby nie musieć przechodzić przez kolejne klatki schodowe łączyli najwyższe piętra. A potem zamurowywali drzwi. Ale u ciebie to rzeczywiście dziwna sprawa. Trzeba sprawdzić, dokąd te drzwi prowadzą.

No więc sprawdzamy. Ja, pan Zenon i Agnieszka. Przechodząc przez kupę cegieł wkraczamy do pomieszczenia. Okazuje się, że ma kształt litery L, której krótszy bok to szeroka na około dwa metry przestrzeń pomiędzy moją łazienką a klatka schodową. Za zakrętem jest większa przestrzeń i okno.

– Okno. Ciekawe, czy widać je z zewnątrz – zastanawia się Agnieszka. – Stań w nim, a ja zejdę na dół.

Macham Agnieszce z okna, ta odmachuje mi sprzed budynku i wraca zziajana.

– Dziwna sprawa, takie okno jest tylko na tym piętrze, nie ma podobnych ani nad nim, ani pod. A wszystkie inne okna są takie same na wszystkich piętrach.

Dziwne, że nikt tego wcześniej nie zauważył.

– Ludzie nie widzą rzeczy, których nie chcą zobaczyć – stwierdza sentencjonalnie pan Zenon, zaciągając się papierosem. – To co, klientko, powiększymy łazienkę? A może chce pani tu sobie urządzić dodatkowy pokój?

– Chwila, muszę się zastanowić, to wszystko jest jakieś dziwne. Może podpytam w spółdzielni, o co chodzi.

– Ja bym nie pytał. Znalezione, nie kradzione – przekonuje pan Zenon. – Jak pani zacznie pytać, to na pewno nie pozwolą pani z tego za darmo korzystać.

Po kilku bezsennych nocach decyduję: – Przesuniemy tylko ścianę o pół metra tak, żeby zmieściła się wanna.

Pan Zenon nie może się nadziwić, że tylko pół metra.

– Takie marnotrawstwo darmowej przestrzeni?! – Kręci głową.

Ale ja nie chcę budzić podejrzeń. Jeśli przyszedłby ktoś ze spółdzielni mieszkaniowej, na pewno zwróciłby uwagę na to, że moja łazienka niezwykle się rozrosła. Nie chcę się też tłumaczyć rodzinie i znajomym, zostaję więc przy dodatkowej przestrzeni w łazience, którą da się wytłumaczyć złudzeniem optycznym („Widzisz, jak dobrze ci doradziłam z tymi lustrami, świetnie powiększają przestrzeń!” – powie pewnie za miesiąc Anna).

Czuję, że już nikt więcej nie powinien wiedzieć o tych dodatkowych metrach. Wie pan Zenon i Agnieszka. Wystarczy. Postanawiam też zostawić sobie możliwość korzystania z dodatkowego pokoju. Po naradach z panem Zenonem wstawiamy drzwi, jak najbardziej niepozorne, białe jak ściana obok. Klamka nie wchodzi w grę, za bardzo rzucałaby się w oczy. Pan Zenon montuje mi zwykły haczyk, który wkłada się w metalową pętelkę. Kiedyś na takie haczyki zamykano szafki.

– Za bardzo nie wystaje i w razie czego szybko pani zdemontuje – mówi pan Zenon. – Ale też proszę się za bardzo nie martwić, ludzie nie widzą rzeczy…

– Tak, wiem, których nie chcą zobaczyć – kończę po panu Zenonie. – Ale te drzwi może akurat ktoś zechce kiedyś dostrzec.

Na wszelki wypadek zastawiam je wysokim koszem na brudną bieliznę. Jest na tyle lekki, że sama go z łatwością odstawię, kiedy będę chciała wejść do pokoju. A ten zostaje też odświeżony. Ściany pomalowane na biało, drewniany parkiet polakierowany. Przy okazji pan Zenon odkrywa, że naprzeciwko ściany przyległej do mojego mieszkania też są zamurowane drzwi. Postanawiam jednak nie sprawdzać, dokąd prowadzą. Nie zamierzam przebić się do sąsiadów. Wtedy na pewno mojej dodatkowej przestrzeni nie udałoby utrzymać się w tajemnicy. Remont się kończy, rzewnie żegnam pana Zenona, wysupłując dla niego z resztek moich oszczędności solidną premię. Zasłużył, oj zasłużył.

Wracam do mojego mieszkania, chociaż czasem czuję się trochę nieswojo z moją dodatkową przestrzenią. Siadam na podłodze w nowym pokoju i zastanawiam się, co z nim zrobię. W końcu decyduję się na garderobę, Kupuję kilka wolnostojących wieszaków z Ikei, takich, jakie są w sklepach. Drążki na kółkach, na których można powiesić wieszaki z ubraniami. Duże lustro. Wieszam je na tam, gdzie są te drugie, zamurowane drzwi. Wygodny fotel w rogu. Krzesło. Czasem tam prasuję, słuchając muzyki. Od czasu do czasu przez okno zagląda szary kot. Miauczy i drapie w szybę. Wpuszczam go i karmię. Chyba się trochę polubiliśmy. Nie zostaje jednak na długo. Po jakiejś godzince drapie w szybę, więc go wypuszczam. Podobno koty mogą się zabić spadając z okna, ten jednak świetnie sobie radzi skacząc po parapetach. To tylko drugie piętro, mam nadzieję, że nic mu się nie stanie.

Ale najbardziej chyba jestem zadowolona z wanny. Połowa jest w starej części łazienki, połowa w tej nowej. Wyciągam nogi w dodatkowej przestrzeni i już chyba niczego więcej nie potrzebuję do szczęścia. Sole lawendowe, sole magnezowe, kolorowe pianki wyznaczają nowy poziom mojego życiowego luksusu. Wygładza mi się ciało, zwłaszcza nogi, masuję i pilinguję gładziutkie uda, a stopy mam już jak pupcia niemowlaka. Z podziwem przyglądam się moim małym paluszkom u stóp. Różowiutkie i świeże jak małe prosiaczki.

Spędzam w wannie coraz więcej czasu. To pierwsza rzecz, o której myślę po powrocie z pracy. Nie mam już bałaganu w salonokuchni, cały przeniosłam do dodatkowego pokoju. Ale jakoś nie mam ochoty zapraszać gości. Wolę leżeć w różowej pianie. Czasem zasypiam i śnią mi się jakieś błogości. Nie pamiętam szczegółów, budzę się ze wspomnieniem rozkoszy i pomarszczonymi paluszkami.

Tylko czas poza wanną jest jakby mniej przyjemny. Nie hoduję już kwiatków na balkonie, nie mam do tego cierpliwości. Nie pamiętam, kiedy ostatnio przeczytałam książkę. W sklepach szukam już tylko pianek i soli do kąpieli. Jestem coraz bardziej niespokojna. Czuję się samotna. Zaczynam dostrzegać, jakie moje życie jest puste i jałowe. Praca, po pracy kupowanie rzeczy, gotowanie, jedzenie, sen. I tak całe życie. I po co? Tylko wanna przynosi ukojenie. Jest ciepło, różowo, przyjemnie. O niczym nie myślę i niczym się nie martwię. Pewnego dnia spędzam w wannie całą niedzielę. Tak, widzę, że to trochę dziwne.

– Czy myślisz, że można się uzależnić od wanny? – pytam przez telefon Agnieszkę.

– Za dużo rozmawiałaś z płytkami. To nie mogło się dobrze skończyć – odpowiada.

I chociaż trochę się śmieję z tego żartu to i tak wiem, że coś straciłam. Tylko nie pamiętam, co.

guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze